Wraz
z zachodzącym słońcem, mogą zachodzić i nasze wspomnienia.
***
Czerwone, rozżarzone niebo, niekiedy przechodzące w
bladoróżowe i żółte pasma widniało przy linii horyzontu. Delikatne, pojedyncze
chmury ukazywały urok zachodzącego słońca. Tańczące ptaki i owady wraz z
blaskiem nieboskłonu dały widok bajkowej krainy marzeń i dziecięcych zabaw.
Z
brązowego, wysokiego namiotu wyszedł mężczyzna ubrany w ciemnobrązową tunikę i
rzemykowe sandały. Nabrał w płuca świeżego, czystego powietrza i odetchnął
wyrzucając z siebie wszelką złość. Spojrzał na czerwone niebo i pomyślał w jak
pięknej krainie się znajduje. Rozejrzał się dookoła. Akurat tera nie było obok
nikogo. Wszyscy skryli się w swoich namiotach, bo noc przywodziła na myśl
najgorsze scenariusze. Ten mężczyzna się jednak nie obawiał. Był myśliwym.
Teraz był jego czas. Wychodził na polowania wraz z innymi myśliwymi, aby ochronić
wioskę i przy okazji ją wyżywić. Jednak martwił się o swoją rodzinę. Co będzie,
jeśli nie zdoła ich dostatecznie obronić?
Tak
rozważając czekał na swoich kompanów. Oni jednak się nie pojawiali. Zdziwiło go
to nieco, bo zapadała noc, a huki, grzmoty, jęki i krzyki wskazywały na to, że
zaraz zacznie się rzeź. Zaraz jednak z
krzaków wyszedł jeden z myśliwych. Przywołał go gestem. Podbiegł
zdezorientowany w tamtą stronę.
-Możecie mi wyjaśnić, dlaczego nie atakujemy? –
zapytał zdenerwowany.
-To nie są zwykłe Lykajos. Ich dało się zabić. Mięso było pożywne.
Słyszysz te krzyki i jęki Vela? – zapytał zwracając się do niego po imieniu.
-Tak słyszę, ale
myślałem, że po prostu jest ich więcej, a nie, że przyszedł nieproszony gość.
-No to się mylisz. My tu
zostajemy. Nie będziemy się narażać – oznajmił mówiąc za całą grupę.
-Świetnie. Czyli mam
rozumieć, że zostaniecie tutaj, w kryjówce, nie narażając przy tym swoich
tyłków i tak po prostu dacie tym nowym stworzeniom pożreć wasze rodziny?
Chwila ciszy. Vela nieco ich zdominował. Miał przecież racje. Byli
myśliwymi. Nie mogli patrzeć jak coś pożera ich rodziny.
Wyszli zawstydzeni z kryjówki i stanęli w szyku
bojowym. Z oddali słychać było krzyki i jęki. Pewnie sąsiednia wioska została
zaatakowana. Robiło się ciemno. Słońce już zaszło. Krwiste niebo wskazywało
początek końca. Mieli nadzieję, że to zmienią. Nie spodziewali się małych,
latających motylków, ale wielkich potworów. Tak naprawdę nie wiedzieli, czego
się spodziewać.
Do tej pory mieli do czynienia tylko z Lykajos.
Inaczej nazywanymi wilkami śmierci. Te potężne stworzenia przychodziły raz na
dwa tygodnie i chciały pożreć ich wioskę, ale oni dzielnie się bronili. Nigdy
nie dawali za wygraną i zabijali co do jednego.
Nagle usłyszeli jakby tętent potężnych łap. Ziemia
pod ich stopami zaczęła niekontrolowanie drżeć. Stanęli napinając mięśnie i
stawiając przed sobą ostre włócznie. Usłyszeli przerażając ryk. Po ich plecach
przeszły ciarki. Później zrobiło się
cicho. Słychać było tylko ich przerażone oddechy. Vela zauważył jak kropla
deszczu z nieba spada powoli na ziemię. Kiedy rozbryzgała się na pobliskim
kamieniu wybiegły z lasu potwory. Vela nie zdążył im się dobrze przyjrzeć,
kiedy krzyk myśliwych, gotowych do walki zmieszał sięz rykiem potworów. Zaczęli
atakować.
Myśliwy używał całej swojej mocy, żeby wbić w te
twarde ciała swoją włócznię. Zabijał po kolei każdego potwora. Krew rozbryzgiwała
się na wszystkie strony. Nie wiedział, co się dzieje z jego kompanami. Zajął
się tylko zabijaniem kolejnych stworzeń. Nawet nie poczuł, kiedy się rozpadało.
Taplał się w błocie zmieszanym z krwią. Nagle zauważył przed sobą wielką łapę
uderzającą go wprost w twarz. Upadł na ziemię. Czuł jakby ktoś właśnie zdarł z
niego skórę. Czuł, jak krew lała mu się po twarzy. Wielkie monstrum stanęło nad
nim i warknęło. Zaczął zapalczywie szukać wokół siebie jakiegoś narzędzia,
którym mógłby go zabić. Kiedy myślał, że już zginie, bo potwór podniósł się na
dwie łapy, ktoś przebił jego ciało ostrą włócznią. Szybko odsunął się na bok, a
zwierze padło martwe. Nie wiedział, kto wbił włócznię w to monstrum. Na razie o
tym nie myślał. Walczył dalej.
W końcu zabił ostatniego potwora. Udało im się.
Stracili wielu. W tym byli jego przyjaciele. Uklęknął przy jednym z nich i
pogłaskał go po głowie.
-Nie! – krzyknął.
Vela nie mógł pogodzić
się z myślą, że on nie żyje. W okół widział ciała innych zmarłych. Byli
odwazni. Dali radę. Krew nadal sączyła mu się z rany.
-Vela – usłyszał swoje
imię.
Odwrócił się. Nie było
za nim nikogo. Kiedy znów spojrzał przed siebie zauważył ciemną postać z kosą w
ręku. Nie wiedział, kto to był.
-Vela- powtórzyło
stworzenie.
Myśliwy wstał i złapał
włócznię, kierując ją w stronę ciemnej postaci. Ta tylko się zaśmiała.
-Nie zabijesz mnie. Nie
wiesz kim jestem. Więc ci powiem, chodź ze mną, zostaw go, już go nie
uratujesz.
Vela nic nie mówił.
Nawet nie miał odwagi. Czuł do tej postaci szacunek. Nie wiedział, dlaczego.
Przecież mógł po prostu wbić włócznię w jego ciało i zabić, ale wierzył jej.
Zostawił ciało przyjaciela i poszedł za postacią.
Po paru minutach, cichej drogi doszli do wielkiego
drzewa. Słońce powoli zaczęło wschodzić. Wojna trwała długo, Vela był zmęczony.
Jego rana pulsowała i nadal powoli krwawiła. Czuł, że zaraz straci przytomność.
Robiło mu się słabo. Postać chciała dalej iść, ale on powiedział:
-Stop!
I usiadł przy drzewie,
opierając się głową o konar. Potwór zatrzymał się, stojąc do niego plecami.
-Wiesz, że umierasz? –
zapytała postać.
Myśliwy nie spodziewając
się takiego pytania na chwilę się otrząsnął i nieco przeraził.
-Jak to umieram? – pytał
zdezorientowany.
-Zaraz się wykrwawisz.
Rana od tych stworzeń nigdy się nie zagoi. Kiedy dostaniesz raz – nie ma
ratunku.
-A skąd ty to możesz
wiedzieć?
Postać odwróciła się w
stronę Veli. Wyglądała przerażająco. Nie
widział jej twarzy i nie chciał widzieć. Czuł, że kryje się pod kapturem coś
strasznego. Potwór stuknął raz swoją kosą w ziemię.
-Wiem, bo jestem… Twoją
Śmiercią – oznajmił.
Vela nic nie powiedział.
Był zdezorientowany. Zadawał sobie pytania, a rana ciągle piekła, pulsowała i
bolała.
-A więc to już koniec?
To już mój czas? – zdołał zapytać.
-Niestety tak.
-A co z moją rodziną i
wioską, kto ją obroni?
-Dadzą sobie radę.
-Ale ja pragnę się z
nimi pożegnać.
-Nie poznają cię.
-Jak to?
-Spójrz – powiedziała
Śmierć i wyjęła z rękawa kawałek szkła. Vela przejrzał się w nim. Sam się nie
poznał. Miał przekrwione oczy, roztrzepane włosy, brudną twarz, ale najbardziej
rzucała się w oczy wielka blizna, która przeszywała cały policzek. Ciągle kapała z
niej krew. Pod blizną widać było bladą, zmęczoną twarz.
-Masz rację. Mam
pytanie. Słuchaj, Śmierć. Czy to boli? Umieranie? – spytał.
-Nie. Tak naprawdę,
widząc mnie już prawie umarłeś, tylko ja muszę ci zabrać twoją duszę.
-A czy mogę ich zobaczyć
przed śmiercią?
Śmierć pstryknęła
palcami i znaleźli się w wiosce. Jego gromadka dzieci bawiła się piaskiem i
patykami, żona płakała.
-Co jej jest? – zapytał
i chciał do niej podbiec, ale Śmierć go zatrzymała.
-Nie możesz jej dotknąć,
bo zabijesz i ją. Płacze, bo już wie, że nie żyjesz.
-Ale ja jeszcze żyje!
Śmierć znów pstryknęła
palcami i znaleźli się pod tym samym drzewem. Vela padł pod nim i zaczął
płakać. Słone łzy spływały mu po zakrwawionych policzkach, co go jeszcze
bardziej bolało.
-Jesteś gotowy –
zapytała Śmierć.
-A czy nie mogę jeszcze
zostać?
Śmierć spuściła głowę. Miała dość. Już chciała
go do siebie zabrać. Podeszła szybko i przystawiła twarz do jego
twarzy. Zdjęła kaptur ukazując czaszkę. Zaczęła wsysać powietrze, a wraz z nim
dusze Veli. Ten zaczął krzyczeć.
***
-Nie widziałeś Veli?
Gdzie Vela? Czy ktoś widział Velę? – pytała piękna kobieta biegając od jednego
rannego myśliwego do drugiego. Wszyscy zaprzeczali. Jeden z nich podszedł do
niej i powiedział, że jeśli nie ma go z nimi, na pewno zginął.
Kobieta zaczęła rzewnie płakać. Dzieci podbiegły do
niej i pytały co się stało. Najstarszy z nich już wiedział i zaczął płakać
razem z nią.
Nagle usłyszeli krzyk. Śmiertelny krzyk. Kobieta
znała ten głos. To był Vela. Zostawiła dzieci z najstarszym synem i zaczęła
biec w stronę krzyku. Wiedziała, że jest co raz bliżej. Kilkaset metrów dalej
zobaczyła wielkie, samotne drzewo.
-To tam – powiedziała i
zaczęła biec jeszcze szybciej.
Była już blisko.
Widziała tylko jak wielki, nienaturalnej wielkości ptak odlatuje, gubiąc za
sobą czarne pióra. Mężczyzna pod drzewem wydał ostatnie tchnienie i padł.
Podbiegła do niego. Miał zakrwawioną twarz, oczy
szeroko otwarte. Dotknęła jego twarzy i wiedziała już na pewno, że to jej mąż.
Zaczęła płakać. Łzy spływały po jej policzkach padając na twarz lubego.
Przytuliła się do jego piersi. Chciała zostać z nim w takim uścisku, ale
wiedziała, że musi wrócić do domu i oznajmić to dzieciom. Kiedy spojrzała na
Velę, jego rana, zaczęła się goić. Łzy sprawiały, że krew spłynęła, a w jej
miejsce pojawiło się ciało.
-Vela! – krzyknęła.
Jednak Vela już nie powrócił. Śmierć go oszukała. Jego żona mogła go
uratować.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz