niedziela, 6 lipca 2014

Lykajos

Wraz z zachodzącym słońcem, mogą zachodzić i nasze wspomnienia.


***





Czerwone, rozżarzone niebo, niekiedy przechodzące w bladoróżowe i żółte pasma widniało przy linii horyzontu. Delikatne, pojedyncze chmury ukazywały urok zachodzącego słońca. Tańczące ptaki i owady wraz z blaskiem nieboskłonu dały widok bajkowej krainy marzeń i dziecięcych zabaw.
            Z brązowego, wysokiego namiotu wyszedł mężczyzna ubrany w ciemnobrązową tunikę i rzemykowe sandały. Nabrał w płuca świeżego, czystego powietrza i odetchnął wyrzucając z siebie wszelką złość. Spojrzał na czerwone niebo i pomyślał w jak pięknej krainie się znajduje. Rozejrzał się dookoła. Akurat tera nie było obok nikogo. Wszyscy skryli się w swoich namiotach, bo noc przywodziła na myśl najgorsze scenariusze. Ten mężczyzna się jednak nie obawiał. Był myśliwym. Teraz był jego czas. Wychodził na polowania wraz z innymi myśliwymi, aby ochronić wioskę i przy okazji ją wyżywić. Jednak martwił się o swoją rodzinę. Co będzie, jeśli nie zdoła ich dostatecznie obronić?
            Tak rozważając czekał na swoich kompanów. Oni jednak się nie pojawiali. Zdziwiło go to nieco, bo zapadała noc, a huki, grzmoty, jęki i krzyki wskazywały na to, że zaraz zacznie się rzeź.  Zaraz jednak z krzaków wyszedł jeden z myśliwych. Przywołał go gestem. Podbiegł zdezorientowany w tamtą stronę.
-Możecie mi wyjaśnić, dlaczego nie atakujemy? – zapytał zdenerwowany.
-To nie są zwykłe Lykajos. Ich dało się zabić. Mięso było pożywne. Słyszysz te krzyki i jęki Vela? – zapytał zwracając się do niego po imieniu.
-Tak słyszę, ale myślałem, że po prostu jest ich więcej, a nie, że przyszedł nieproszony gość.
-No to się mylisz. My tu zostajemy. Nie będziemy się narażać – oznajmił mówiąc za całą grupę.
-Świetnie. Czyli mam rozumieć, że zostaniecie tutaj, w kryjówce, nie narażając przy tym swoich tyłków i tak po prostu dacie tym nowym stworzeniom pożreć wasze rodziny?
Chwila ciszy. Vela nieco ich zdominował. Miał przecież racje. Byli myśliwymi. Nie mogli patrzeć jak coś pożera ich rodziny.
                Wyszli zawstydzeni z kryjówki i stanęli w szyku bojowym. Z oddali słychać było krzyki i jęki. Pewnie sąsiednia wioska została zaatakowana. Robiło się ciemno. Słońce już zaszło. Krwiste niebo wskazywało początek końca. Mieli nadzieję, że to zmienią. Nie spodziewali się małych, latających motylków, ale wielkich potworów. Tak naprawdę nie wiedzieli, czego się spodziewać.
                Do tej pory mieli do czynienia tylko z Lykajos. Inaczej nazywanymi wilkami śmierci. Te potężne stworzenia przychodziły raz na dwa tygodnie i chciały pożreć ich wioskę, ale oni dzielnie się bronili. Nigdy nie dawali za wygraną i zabijali co do jednego.
                Nagle usłyszeli jakby tętent potężnych łap. Ziemia pod ich stopami zaczęła niekontrolowanie drżeć. Stanęli napinając mięśnie i stawiając przed sobą ostre włócznie. Usłyszeli przerażając ryk. Po ich plecach przeszły ciarki.  Później zrobiło się cicho. Słychać było tylko ich przerażone oddechy. Vela zauważył jak kropla deszczu z nieba spada powoli na ziemię. Kiedy rozbryzgała się na pobliskim kamieniu wybiegły z lasu potwory. Vela nie zdążył im się dobrze przyjrzeć, kiedy krzyk myśliwych, gotowych do walki zmieszał sięz rykiem potworów. Zaczęli atakować.
                Myśliwy używał całej swojej mocy, żeby wbić w te twarde ciała swoją włócznię. Zabijał po kolei każdego potwora. Krew rozbryzgiwała się na wszystkie strony. Nie wiedział, co się dzieje z jego kompanami. Zajął się tylko zabijaniem kolejnych stworzeń. Nawet nie poczuł, kiedy się rozpadało. Taplał się w błocie zmieszanym z krwią. Nagle zauważył przed sobą wielką łapę uderzającą go wprost w twarz. Upadł na ziemię. Czuł jakby ktoś właśnie zdarł z niego skórę. Czuł, jak krew lała mu się po twarzy. Wielkie monstrum stanęło nad nim i warknęło. Zaczął zapalczywie szukać wokół siebie jakiegoś narzędzia, którym mógłby go zabić. Kiedy myślał, że już zginie, bo potwór podniósł się na dwie łapy, ktoś przebił jego ciało ostrą włócznią. Szybko odsunął się na bok, a zwierze padło martwe. Nie wiedział, kto wbił włócznię w to monstrum. Na razie o tym nie myślał. Walczył dalej.
                W końcu zabił ostatniego potwora. Udało im się. Stracili wielu. W tym byli jego przyjaciele. Uklęknął przy jednym z nich i pogłaskał go po głowie.
-Nie! – krzyknął.
Vela nie mógł pogodzić się z myślą, że on nie żyje. W okół widział ciała innych zmarłych. Byli odwazni. Dali radę. Krew nadal sączyła mu się z rany.
-Vela – usłyszał swoje imię.
Odwrócił się. Nie było za nim nikogo. Kiedy znów spojrzał przed siebie zauważył ciemną postać z kosą w ręku. Nie wiedział, kto to był.
-Vela- powtórzyło stworzenie.
Myśliwy wstał i złapał włócznię, kierując ją w stronę ciemnej postaci. Ta tylko się zaśmiała.
-Nie zabijesz mnie. Nie wiesz kim jestem. Więc ci powiem, chodź ze mną, zostaw go, już go nie uratujesz.
Vela nic nie mówił. Nawet nie miał odwagi. Czuł do tej postaci szacunek. Nie wiedział, dlaczego. Przecież mógł po prostu wbić włócznię w jego ciało i zabić, ale wierzył jej. Zostawił ciało przyjaciela i poszedł za postacią.
                Po paru minutach, cichej drogi doszli do wielkiego drzewa. Słońce powoli zaczęło wschodzić. Wojna trwała długo, Vela był zmęczony. Jego rana pulsowała i nadal powoli krwawiła. Czuł, że zaraz straci przytomność. Robiło mu się słabo. Postać chciała dalej iść, ale on powiedział:
-Stop!
I usiadł przy drzewie, opierając się głową o konar. Potwór zatrzymał się, stojąc do niego plecami.
-Wiesz, że umierasz? – zapytała postać.
Myśliwy nie spodziewając się takiego pytania na chwilę się otrząsnął i nieco przeraził.
-Jak to umieram? – pytał zdezorientowany.
-Zaraz się wykrwawisz. Rana od tych stworzeń nigdy się nie zagoi. Kiedy dostaniesz raz – nie ma ratunku.
-A skąd ty to możesz wiedzieć?
Postać odwróciła się w stronę Veli. Wyglądała przerażająco.  Nie widział jej twarzy i nie chciał widzieć. Czuł, że kryje się pod kapturem coś strasznego. Potwór stuknął raz swoją kosą w ziemię.
-Wiem, bo jestem… Twoją Śmiercią – oznajmił.
Vela nic nie powiedział. Był zdezorientowany. Zadawał sobie pytania, a rana ciągle piekła, pulsowała i bolała.
-A więc to już koniec? To już mój czas? – zdołał zapytać.
-Niestety tak.
-A co z moją rodziną i wioską, kto ją obroni?
-Dadzą sobie radę.
-Ale ja pragnę się z nimi pożegnać.
-Nie poznają cię.
-Jak to?
-Spójrz – powiedziała Śmierć i wyjęła z rękawa kawałek szkła. Vela przejrzał się w nim. Sam się nie poznał. Miał przekrwione oczy, roztrzepane włosy, brudną twarz, ale najbardziej rzucała się w oczy wielka blizna, która przeszywała cały policzek. Ciągle kapała z niej krew. Pod blizną widać było bladą, zmęczoną twarz.
-Masz rację. Mam pytanie. Słuchaj, Śmierć. Czy to boli? Umieranie? – spytał.
-Nie. Tak naprawdę, widząc mnie już prawie umarłeś, tylko ja muszę ci zabrać twoją duszę.
-A czy mogę ich zobaczyć przed śmiercią?
Śmierć pstryknęła palcami i znaleźli się w wiosce. Jego gromadka dzieci bawiła się piaskiem i patykami, żona płakała.
-Co jej jest? – zapytał i chciał do niej podbiec, ale Śmierć go zatrzymała.
-Nie możesz jej dotknąć, bo zabijesz i ją. Płacze, bo już wie, że nie żyjesz.
-Ale ja jeszcze żyje!
Śmierć znów pstryknęła palcami i znaleźli się pod tym samym drzewem. Vela padł pod nim i zaczął płakać. Słone łzy spływały mu po zakrwawionych policzkach, co go jeszcze bardziej bolało.
-Jesteś gotowy – zapytała Śmierć.
-A czy nie mogę jeszcze zostać?
 Śmierć spuściła głowę. Miała dość. Już chciała go do siebie zabrać. Podeszła szybko i przystawiła twarz do jego twarzy. Zdjęła kaptur ukazując czaszkę. Zaczęła wsysać powietrze, a wraz z nim dusze Veli. Ten zaczął krzyczeć.

***
-Nie widziałeś Veli? Gdzie Vela? Czy ktoś widział Velę? – pytała piękna kobieta biegając od jednego rannego myśliwego do drugiego. Wszyscy zaprzeczali. Jeden z nich podszedł do niej i powiedział, że jeśli nie ma go z nimi, na pewno zginął.
                Kobieta zaczęła rzewnie płakać. Dzieci podbiegły do niej i pytały co się stało. Najstarszy z nich już wiedział i zaczął płakać razem z nią.
                Nagle usłyszeli krzyk. Śmiertelny krzyk. Kobieta znała ten głos. To był Vela. Zostawiła dzieci z najstarszym synem i zaczęła biec w stronę krzyku. Wiedziała, że jest co raz bliżej. Kilkaset metrów dalej zobaczyła wielkie, samotne drzewo.
-To tam – powiedziała i zaczęła biec jeszcze szybciej.
Była już blisko. Widziała tylko jak wielki, nienaturalnej wielkości ptak odlatuje, gubiąc za sobą czarne pióra. Mężczyzna pod drzewem wydał ostatnie tchnienie i padł.
                Podbiegła do niego. Miał zakrwawioną twarz, oczy szeroko otwarte. Dotknęła jego twarzy i wiedziała już na pewno, że to jej mąż. Zaczęła płakać. Łzy spływały po jej policzkach padając na twarz lubego. Przytuliła się do jego piersi. Chciała zostać z nim w takim uścisku, ale wiedziała, że musi wrócić do domu i oznajmić to dzieciom. Kiedy spojrzała na Velę, jego rana, zaczęła się goić. Łzy sprawiały, że krew spłynęła, a w jej miejsce pojawiło się ciało.
-Vela! – krzyknęła.

Jednak Vela już nie powrócił. Śmierć go oszukała. Jego żona mogła go uratować.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz