czwartek, 26 czerwca 2014

Białe kwiaty

-Słyszysz ten głos? – spytał starszy mężczyzna nadstawiając ucho.
            Józek podróżował właśnie gęstym borem, kiedy zapadał zmrok. Powodowało to, że zaczynał się bać. Spostrzegł na ręce gęsią skórkę. Jego towarzyszka-córka Ela, wywróciła oczami.
            Spoglądając na tę przestraszoną twarz, stare ubranie, pomarszczoną skórę, przetłuszczone włosy i te oczy… Tlił się w nich strach, nie chciało jej się wierzyć. To nie był ten sam ojciec, co kilka lat temu. Od śmierci matki, zaczął pić, palić, w ogóle się nią nie zajmował. Ona i tak musiała mu pomagać. Tak ją wychował. Nie mogła go opuścić, chociaż brzydziło ją to.
-Tato, tu nic nie ma – odpowiedziała i pociągnęła go, aby szli dalej. Zaraz zapadnie zmrok, a oni jeszcze nie zebrali wystarczająco drewna na opał.
-Elusiu kochana! Ja ci mówię, że słyszę głosy!
-To może powinieneś iść do egzorcysty! Jak słyszysz głosy, to coś jest nie tak. Ojciec, rozmawialiśmy już na ten temat… Cóż ty takiego niby słyszysz? – spytała zirytowana.
-Mówią:
Przyjdź, przyjdź do mnie
Do krainy radości
Poddaj mi się
Drogi cię ku mnie niosą
Przyjdź, przyjdź do mnie

-Tato, kiedy to się skończy? – zdenerwowała się.
-Nie rozumiesz! Słyszysz? Ty nie rozumiesz! – wybuchnął.
Ela jeszcze nigdy nie słyszała, żeby aż tak krzyczał. Spojrzała mu prosto w oczy. Widziała w tych oczach strach, bezsilność. Nie wiedziała, co z nim zrobić. Może ten egzorcysta to nie taki głupi pomysł.
-Chodźmy już do domu, co? – zapytała i dotknęła jego ramienia.
-Nu. Chodźmy – powiedział i zawrócili.
            Mało drewna przynieśli tego wieczoru. Ledwie wystarczyło na rozpalenie w domu. Jednak sobie poradzili. Przetrwali spokojnie noc.
            Rano Ela zbierała się do pracy. Pracowała w zakładzie. Tak jak każda jej koleżanka. Szyły ubrania. Praca za marne grosze i do tego wyczerpująca. Niestety musiała to robić, żeby zarobić chociaż na bochenek chleba.
-Elu! Witaj! – oznajmiła jedna z jej koleżanek – Krysia.
-Cześć Krysiu, jak żyjesz?
-Dobrze. Jak tam twój ojciec?
-Tragicznie. Ino mu w głowie alkohol. Ja naprawdę nie wiem, co dalej będzie. Wczoraj mi godoł, że słyszy znów jakieś głosy! Rozumisz…
-Ale jakie znów głosy? – spytała przejęta.
-Nie wiem. Ciągle się martwi. Załamuje ręce. Ja tam ni wim, czy un dalej pociągnie…
-Nie martw się kochana. Jak coś, to możesz się zawsze do mnie zwrócić – oznajmiła i poklepała ją po ramieniu.
            Wieczorem Ela wróciła do domu. Drzwi były otwarte. W domu cuchnęło alkoholem i papierosami. Skąd on na to brał pieniądze? Pewnie tonął w długach. Weszła do kuchni. Nikogo tam nie było. Za to w sypialni, na łóżku leżał jej ojciec i mocno chrapał. Miał brudną koszulę, obok leżały puste butelki po piwie i wódce, na stoliku paczka papierosów. Eli stanęły łzy w oczach. Nie mogła znieść tego widoku.
-Ojciec! Wstawaj! – krzyknęła.
Józef zamlaskał tylko ustami i spał dalej. Ela podeszła do niego i poruszała nim.
-Czegóż chcesz? – zapytał zły.
Ela się wycofała. Chciała mieć pewność, że znajduje się w bezpiecznej odległości, gdyby ojciec czasem się nie zezłościł i nie próbował jej uderzyć.
-Spójrz na siebie! Jak ty wyglądasz! – powiedziała upłakania.
-Wyjdź! Chce spoć! – powiedział i odwrócił się na bok.
Ela wyszła. Usiadła w kuchni i ukryła twarz w dłoniach. To koniec. Postanowiła sobie, że już mu nie będzie pomagać. Niech sobie radzi. Nie da mu ani grosza! Zajęła się gotowaniem. Tym razem tylko dla siebie.
            Po paru godzinach wstał jej ojciec. Miał splamioną koszulę. Tym razem nie płynem, ale wymiocinami, podkrążone oczy. Opierał się o framugę wejścia.
-Chodź Eluś. Musimy iść po drewno! – powiedział, chwiejąc się na nogach.
-Idź sam. Ja mam dużo rzeczy do roboty. Po za tym sam se poradzisz! – powiedziała odwrócona do niego plecami. Nie chciała patrzeć mu w oczy.
-Chodźże! Som to się lękam!
-Nie!
-Dobra. Tym razem pójdę som! – powiedział, założył kurtkę i gumowce i wyszedł pospiesznie.
Ela odetchnęła z ulgą. Spojrzała przez okno. Ojciec szedł chwiejnym krokiem w las. Zaniepokoiła się nieco. Szybko oddaliła od siebie tę myśl. Zajęła się szyciem obrusa.
            Minęła godzina. Ojciec nie wracał. Ela zaczynała się bać. Jeśli mu się coś stało? Chociaż to dorosły mężczyzna, na pewno sobie poradzi, ale był pijany… Co ona ma zrobić? Zostać i szyć dalej, czy iść po niego? Postanowiła jeszcze poczekać.
            Minęła druga godzina. Ela siedziała tym razem obgryzając paznokcie i patrząc co chwila w okno. Czemu on nie wraca? W jej głowie kłębiły się najgorsze scenariusze. Pewnie zemdlał. Ktoś go złapał.
            W końcu wzięła kurtkę i czapkę, i wybiegła w las. Robiło się ciemno. Bór wydawał jej się ogromny i zbyt gęsty. Z każdym krokiem czuła jak na nią napierał. Chciał wchłonąć, dając poznać swoje najskrytsze tajemnice.
-Csiii… - usłyszała szept.
-Kto tu jest? – zapytała i stanęła po środku lasu.
Nagle usłyszała cichy, delikatny, ale jednocześnie wściekły śmiech. Rozbrzmiewał na cały las. Wypełnił każde źdźbło trawy, każdą kropelkę rosy. Wypełnił ją samą. Bała się. Strasznie się bała.
-Ojcze! – wołała rozpaczliwie.
Nie miała już siły dalej biec. Znalazła się przy jeziorze. Nie wiedziała, że jest za tym lasem jezioro. Stanęła za drzewem. Zapadł już zmrok. Zauważyła swojego ojca stojącego przy brzegu. Chciała go zawołać, już otwierała usta… kiedy z wody wyłoniła się kobieta. Była naga. Miała tylko chustę na biodrach. Gęste, długie włosy wcale nie były mokre. Wyłaniając się z wody zapraszała gestem jej ojca do siebie. On zaczął wchodzić powoli. Uśmiechała się, ale Ela widziała w tym uśmiechu podstęp. Józef dotknął jej ciała, a ona łapiąc go za kark wrzuciła pod wodę. Usłyszała cichy krzyk pod wodą. Zaraz za nim wskoczyła i ona. Zniknęli. Ela rozejrzała się dookoła. Podeszła bliżej.
-Ojcze – szepnęła.
Odpowiedział jej tylko szum wody…

***

            Wróciła do domu. Rano wezwała policję i poszli nad jezioro. Nie chcieli uwierzyć w historię o kobiecie z wody. Ela pamiętała drogę. Kiedy znaleźli się przy miejscu, gdzie znajdowało się jezioro, zastali tylko łąkę, a na niej białe kwiaty.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz